TEXAS CROW pisze: Zatem najmocniej przepraszam za nieporozumienie wynikle z opakowania po wodce - nikt nie sprawdzal jego zawartosci - zwrocono mi tylko uwage ze delegacja z polski juz rozpoczela swietowanie..
Pozwole sobie dodac ,ze jesli przewidujemy degustacje trunkow na przyszlym festiwalu to "zoladkowa gorzka" i "zobrowka" sa bardzo lubiane i zyskuja sobie sympatie wszystkich wyspiarzy
Co do żołądkowej zgadzam się, można ją będzie dodać do narodowych trunków, choć być może miód pitny byłby bardziej na miejscu i apropos strojów
Ale nie wiadomo, czy i kiedy odbędzie sie kolejna taka impreza. Są na ten temat różne zdania. Poza tym to jest ogromny wysiłek organizacyjny i finansowy - szczególnie po stronie gospodarzy.
Sądzę natomiast, że ten sam zestaw - ubranych w stroje sokolników, materiały informacyjne, gadżety sokolnicze, itp. można wykorzystac w przyszłości także przy innych okazjach tego typu - jak jakies targi łowieckie czy Dni Ziemi.
Ale to juz oddzielny temat.
Od organizatorów wiem, że nasza polska delegacja bardzo sie wszystkim podobała i została zauważona - dzięki oryginalnym strojom.
Bardzo się z tego powodu cieszę i gratuluję Marcinowi, który jest tychże autorem
miod jak najbardziej
I jeszcze raz gratulacje dla Pana Marcina za pobicie krola Henryka VIII- pod wzgledem popularnosci
Mysle ze nowa sekcja polska w IFF pomoze zjednoczyc nasze sily na wyspie i przejmiemy czesc obowiazkow na siebie - mysle takze o wsparciu finansowym i zasponsorowaniu np. bannerow -tablic historycznych w j.angielskim itp. odciazy to znacznie nasza Delegacje - no bo przeciez beda obladowani miodzikiem ))
A propos zdjecia z logiem Zakonu.
Na tablicy przedstawiającej historię sokolnictwa w Europie (w namiocie Falconry Heritage Trust, obok głównej areny) bylo jeszcze kilka polskich akcentów:
- okładka "Myślistwa Ptaszego" Mateusza Cygańskiego jako przykładd (wraz z trzema innymi) jednej z najstarszych publikacji o tematyce sokolniczej
- zdjęcie z pierwszego kursu sokolniczego w Tucholi i wzmianka o legalizacji sokolnictwa w Polsce jako przykład odrodzenia sokolnictwa w Europie (wraz z przykładem Niemiec i Renza Wallera), a wśród twórców współczesnego sokolnictwa w Europie wymieniono Czesława Sielickiego.
Logo Zakonu pojawiło sie w kontekście nawiązania do "De arte venandi cum avibus" i i jego autora. Zaprezentowane 3 loga klubów mają własnie takie odniesienia. Na jednym użyto figury króla z sokołemn z tego dzieła, a w dwóch cytatu.
Przyznam sie ze nawet tego dokladnie nie obejrzalem, ale to byl jeden z pierwszych namiotow ktore odwiedzilismy a bylo ich tam dosc sporo,szkoda bo takie polskie akcenty strasznie ciesza oko na takiej imprezie.W sumie moglybyc 4 dni wtedy moznaby wszystko dokladnie zobaczyc.
no prosze az sie milo czyta i mysle ze to jakie gatunki byly na rekawicach nie ma znaczenia wobec faktu ze byly to ptaki łowcze. Podwojnie cieszy fakt ze chlopaki sie spisali i wiekszosc wyspiarzy wie juz ze Polska nie lezy w Afryce i co wiecej ma legalnie dzialajace sokolnictwo ktore rowniez cos do kultury wnosi. Zreszta w gronie sokolniczym na takich festiwalach w UK to zycie zaczyna sie po zamknieciu dla zwiedzajacych i tu mysle ze sporo ciekawostek moznaby opisac
garbus2 pisze:no prosze az sie milo czyta i mysle ze to jakie gatunki byly na rekawicach nie ma znaczenia wobec faktu ze byly to ptaki łowcze. Podwojnie cieszy fakt ze chlopaki sie spisali i wiekszosc wyspiarzy wie juz ze Polska nie lezy w Afryce i co wiecej ma legalnie dzialajace sokolnictwo ktore rowniez cos do kultury wnosi. Zreszta w gronie sokolniczym na takich festiwalach w UK to zycie zaczyna sie po zamknieciu dla zwiedzajacych i tu mysle ze sporo ciekawostek moznaby opisac
Mysl, że tę część lepiej opisać skrótowo - bawiliśmy się świetnie w miłym towarzystwie sokolników z całego świata
Niestety, zanim obrobię zdjęcia minie sporo czasu, dlatego najpierw obiecany wcześniej „artykuł”, a zdjęć innych uczestników sporo już po necie hula.
Nasza wyprawa zaczęła się dla mnie w środę rano. Żona akurat na ten dzień miała wyznaczony termin egzaminu na prawo jazdy, więc o czwartej rano radośnie zwlekła mnie z łóżka.
Jechałem do Wrocławia z nadzieją, że połowica zda egzamin bez problemów i że znajdę jakiś automat z kawą na terenie WORD-u.
Około dziesiątej obydwa pragnienia zostały zaspokojone, a ja szczęśliwy z obrotu sprawy udałem się w dalszą drogę do Czępinia, gdzie (jak sobie ubzdurałem) wczesnym popołudniem miałem spotkać się ze Sławkiem, przepakować samochód do jego maszyny i wyruszyć w dalszą drogę.
W Czempinu okazało się jednak, że wczesne popołudnie to mniej więcej 12-ta w nocy.
Przez cały dzień nie miałem pomysłu na zajęcie rąk, więc doszywałem guziki do strojów. Starczyło mi cierpliwości na jeden komplet. Resztę dnia i wieczór dane mi było spędzić na pogawędkach z Sokolniczym.
Sławek przyjechał około północy. W tym samym czasie dojechał również Przemek.
Szybkie przepakowanie samochodów, odprawa i w drogę. Jechaliśmy za Sławkiem na zmianę. Co jakiś czas „autopilot” dawał znać o sobie, więc zmiany były coraz częstsze. „Młody” (jak ochrzciliśmy Przemka) przekimał z braku zajęcia i jakiejkolwiek alternatywy większą część drogi.
Najważniejsze było to, aby zdążyć do Francji na prom – udało się w samą porę. Mieliśmy drobne wątpliwości ze zmianą czasu, ale okazało się, że we Francji jest ta sama godzina co w Polsce.
Oczekując w kolejce na „zaokrętowanie” auto zostało na światłach więc jedynym sposobem na zapalenie okazała się metoda „na pych”, ale się udało.
Pomijając rozbawienie pana od kontroli „przemytu ludzi” sposobem załadowania samochodu i drobnej „niedyspozycji morskiej” młodego – rejs przebiegł miło i przyjemnie. Po półtorej godziny dotarliśmy do wybrzeży Anglii. I ty jak się okazało samochód zaczął migać dziwną lampką oznaczającą problem z silnikiem – następstwo zapalania „na pych”. Czas też był inny niż w „normalnej części Europy”, bo cofnięty o godzinę. I jeszcze ten p******ny lewostronny ruch – makabrycznie jest się przestawić na tego typu udziwnienie.
Po około trzech godzinach dotarliśmy na miejsce (cała podróż zajęła nam około 20 godzin) i zastaliśmy zamkniętą bramę.
Poszukiwania osoby „wiedzącej” zajęły pół godziny, drugie tyle zajęły poszukiwania bocznej drogi wjazdu na teren imprezy (po wskazówkach porządkowego).
Przed rozłożeniem obozu mieliśmy jeszcze małe spięcie z młodocianym portierem i Belgami, którzy wywiesili Polską flagę, jako „mediawalną”.
Przed wieczorem znalazły się dwa Piotrki szykujące się do snu w Austryjackim namiocie.
Następnego dnia (piątek) będąc już w komplecie doprowadziliśmy się do porządku po podróży i zaczęliśmy rozpoznanie terenu i przygotowywanie strojów.
Okazało się, że nic nie wiadomo. Namiot pokazowy mogliśmy rozbić gdzie nam się podoba, ale w rejonie zupełnie nieatrakcyjnym. Piotrek Adamiak gdzieś zniknął razem z Piotrkiem Piotrowskim i po godzinie wrócili oznajmiając, że znaleźli całkiem dobre miejsce. Miejsce to było ogromnym namiotem w centrum innych „narodowych” namiotów. Radość była tym większa, że pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, a pod tym namiotem i nasz festynowy namiocik i całe stoisko prezentowało się godnie i okazale.
Piątek był dniem dla dzieci i wycieczek młodzieży, a nam minął na przygotowaniach i organizacji.
Po południu spotkaliśmy Janusza Sielickiego i Irka, ale każdy poszedł własną drogą załatwiając swoje sprawy. Janusz – IAF, a Irek – sprzedawał karnale na stoisku komercyjnym.
Wieczorem część Panów zaznajamiała się z rozmaitymi nacjami na imprezie u Słowaków. Odrazy zaznaczę, że nikt się nie schlał i nie upodlił (nie o to chodzi na tego typu imprezach).
Wracając do namiotów Panowie wytłumaczyli na wpół śpiącym i całkowicie przestraszonym Belgom, że „mediawalny” proporczyk to flaga narodowa. Dali się przeprosić J.
W sobotę od siódmej byliśmy już zwarci i gotowi. Cały dzień upłynął pod znakiem pochodów, ciągłego pozowania do zdjęć i prostowania wypaczonego pojęcia o Polsce w rozmaitych językach świata. Jak się okazało nie wszyscy mówiliśmy po angielsku (na szczęście). Nacje jakie się tam przewinęły również nie zawsze pojmowały angielską mowę, więc wszyscy odświeżali języki ze szkół i nie tylko. Po 12 latach przydał się nawet zapomniany po części włoski i rosyjski.
W sobotę dołączył do nas również Kaja z synem i harisem. I dzięki Bogu, bo bez Niego nie mielibyśmy żadnego ptaka do pochodu. Chłopak „do rany przyłóż” – wracaj do Polski, bo na wyspie się marnujesz.
W między czasie Piotr Piotrowski został poproszony (jako guru w świecie Barbetów) o dołączenie do Polskiego pochodu klubu Barbetów. Całość (ptaki i psy) zagrała przepięknie i wszystkie kamery, aparaty i wzdychania były skierowane w stronę Polaków.
…już zacznę się streszczać…
Sobota i niedziela były dniami intensywnej pracy i promocji. Nikt z gości festiwalu nie powie, że nie wie gdzie jest Polska i że nie wie, że sokolnictwo w naszym kraju to istnieje i ma się przyzwoicie.
Milan Stranka - będący gwiazdą większości wyjazdów - chodził wyraźnie wściekły i „niedopieszczony” widząc zainteresowanie Polskimi delegatami.
Powrót do domu zaplanowaliśmy w poniedziałek nad ranem. Prom mieliśmy o 8.30. W Czępiniu byliśmy o 12-tej w nocy. Nie dało rady jechać dalej, dlatego zrobiliśmy przerwę na sen, a następnego dnia przed południem każdy rozjechał się w swoją stronę.
Było wspaniale, ale pracy było aż nadto. Nauka na przyszłość to więcej posterów i przelot samolotem. Poza tym wszystko zagrało lepiej niż mogliśmy zamarzyć (wystarczy poczytać opinie w necie na rozmaitych stronach, aby potwierdzić mój entuzjazm).
A i zapomniał bym – potrzebny nam porządny sztandar (ale to już w trakcie realizacji).
Trochę długie to to, ale i tak szczegóły i epizody pominąłem dając pole do popisu pozostałym uczestnikom.
dzięki panowie czapki z głów jesteście wielcy!!!! wiem że nie wszystkich to zadawala ale niech te łosie od narzekania i krytyki niech chociaż flage zrobią i czepiają sie swojej zawiści. zrobione została wielka robota chwała panowie
Do Londynu polecieliśmy innymi liniami lotniczymi niż Lufthansa by przypadkiem nie natknąć się na osławioną stewardesę Frau Pipke i nie wywołać międzynarodowego skandalu. Już na samym wstępie zauważyliśmy mocny akcent sokolniczy, kiedy to Boening ileś tam ileś po oderwaniu się od pasa startowego zadarł dziób w górę i zaczął prawie pionowo nabierać wysokości tak jak dobry sokół po przebiciu wabidła .
Po wylądowaniu byliśmy dumni, że dzięki temu, iż pokazaliśmy uśmiechniętej urzędniczce paszporty, w których widniały nasze adresy Anglicy wreszcie dowiedzieli się, że Polska nie leży w Afryce tylko koło Gdańska.
Mając stale na uwadze MIND THE GAP bez problemów dotarliśmy do centrum Londynu gdzie w hotelu stwierdziliśmy, że ceny za pokój nie odbiegają od tych w Międzyzdrojach . Potem ruszyliśmy w miasto by poznać nocne życie Londynu i pokazać Angolom, że Polacy też potrafią się bawić. Niestety , nic z tego nie wyszło bo pomimo tłumów na ulicach, w pubach i klubach wielu Anglików nie spotkaliśmy, nie licząc krótkiej, miłej pogawędki ze starą, sympatyczną Szkotką, która pochwaliła się znajomością dwóch polskich słów i na pożegnanie powiedziała nam Drzjeń Dobry.
Nazajutrz to już był Festival of Falconry. Przypadkiem spotkanej delegacji gruzińskiej (jednoosobowej) pomogliśmy trafić na imprezę. Na bramce młody człowiek skasował za bilety udając, że mu się kasa fiskalna zacięła. Zamiast biletów przyłożył nam zielone pieczątki na ciało, co w polskich procedurach inspekcji weterynaryjnej oznacza: przydatne do spożycia.
No i teraz zaczęły się festiwalowe atrakcje. Nasza Nieformalna Polska Delegacja została zauważona przez egzotycznego jastrzębia Melierax poliopterus, który pięknym tenorem odśpiewał swój hymn narodowy na naszą cześć. HH zwany przez niektórych wroną też nas chciał uszanować znaną na całym świecie polsko-ukraińską piosenką „ Hej sokoły !”) ale mu nie wyszło i fałszował w tonacji małpy schwytanej przez Pithecophaga jefferyi. Dalej pustułka amerykańska rozkładając szczerbate skrzydła przypomniała nam od kogo kupiliśmy F-16. Potem był czarny jak węgiel z Bełchatowa orzeł A. verreauxii oraz zadbany i ładnie ubarwiony A. nipalensis. Nagle jeden z naszej Nieformalnej Delegacji krzyknął: „ choć tutaj, jest Ruski z orłem przednim”, pamiętając, że brakuje mi dobrej foty przedniego. Podszedłem, grzecznie spytałem „May I …” ; orzeł skinął głową a ja walnąłem fleszem po oczach bo było w tym miejscu słabe światło. Odchodząc usłyszałem, że Ruski mówi do kogoś po polsku… No, nareszcie uczą w Rosji polskiego, pomyślałem.
Potem natknęliśmy się na Nicka Foxa, z którym zamieniliśmy parę grzecznościowych zdań i udaliśmy się na stragany, przepraszam –stoiska. Niektóre były tłumnie oblegane, przy innych panował mniejszy ruch. Od mnogości znanych w świecie nazwisk i firm można było dostać zawrotu głowy,
Crown Falconry, Marshall, Martin Jones, Frank Beebe, Ben Long – to te gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej. Świadomie sprowokowałem Boba Daltona przy jego stoisku, robiąc mu zdjęcie bez pytania. Ten oburzony już wyskoczył z rękami do bicia ale w ostatniej chwili się zreflektował i spytał dlaczego mu robię foto. Dalej dialog był taki:
Ja: „ nie robię foto tobie tylko twojej żonie”
On: „ to dlaczego robisz foto mojej żonie?”
Ja: „ bo jest bardzo piękna „
On: „ ??? „
Ja: „naprawdę”
On ( chcąc być choć trochę dowcipny): „ to jest moja matka”
Ja: „ masz ładną matkę”
On: „ nie, to jest moja babcia”
Ja: „ masz najładniejsza babcię w U.K. „
Gdybyście widzieli ten rozpromieniony uśmiech kobiety Boba! Także jej syn śmiał się szczerze. Byliśmy bardzo dumni, że Polska Nieformalna Delegacja tak potrafiła oczarować angielską damę. Nawiasem mówiąc, wybaczyliśmy owej damie, że dwa lata temu przyjęła nas bardzo chłodno przy furtce swojego domu, nie zapraszając do środka gdzie za firanką, przy oknie ukrywał się Bob.
Dalej zahaczyliśmy o stoisko Pavli Kunderowej , która była mocno zajęta zachwalaniem swoich kapturków. Obok jej budki siedział jakiś młody człowiek ze swoimi kapturkami i smutną miną. Twarz wydała się jakby znajoma, więc po jakimś czasie wróciliśmy się by zagadać ale zastaliśmy budkę już zasznurowaną.
Namiotowymi galeriami dzieł sztuki, szczególnie obrazów, można się było zachwycić choć trafiały się też kiczowate odpowiedniki naszego jelenia na rykowisku czyli pustynia+ sokół na berle+ wielbłąd+ Arab w wyjściówce+ ognisko. Większość rzeźb też mogła nacieszyć oko. Niektóre w konwencji sztuki nowoczesnej, jak np. pląsające wydry pasowałyby do każdego wnętrza. Już, już bym kupił rzeźbę sokoła czyszczącego pióra ale dobrze ,że spojrzałem na cenę – 15 tys. funciaków. W jednej z galerii natknąłem się na Uptonów. Zawsze myślałem, że Upton jest jeden tzn Roger; a tu patrzę jest ich kilku, dokładnie trzech i to w różnym wieku.
Głównych sponsorów i organizatorów z Abu Dhabi było widać wszędzie. Mieli piękne stoiska i piękne ptaki.
Na centralnym placu, ładna dziewczyna, w historycznym stroju w damskim siodle profesjonalnie kręciła wabidłem. Sokół też był dobrze wylatany.
Nick Fox walnął krótką acz treściwą mowę dziękując Arabom. Zaintonował trzykrotne hip hip hura! na cześć Abu Dhabi i tłum to podchwycił. Mnie już pierwsze hip utknęło w gardle bo poczułem na sobie wzrok stojącego obok postawnego kolesia, wyglądającego na agenta Mosadu.
I ruszyła parada tzn. pochód ! Tak piękne przemarsze to ja widziałem tylko w ubiegłym wieku na 1 Maja. Tego się nie da opisać. Tyle różnych nacji, strojów, koni, psów i ptaków. I wśród tłumu narodów z całego świata gdzieś daleko, po drugiej stronie dostrzegliśmy polską flagę na bambusowym kiju. Są nasi! Tylko dlaczego jest z nimi ten Ruski z orłem ? I wtedy zrozumiałem swój wielki błąd. Przecież to Polak, tylko, że w czerwonym. Pomyślałem, że jest to doskonały przykład na imprinting ponieważ mojemu pokoleniu Rosja zawsze kojarzy się z czerwonym kolorem i odwrotnie – czerwony z Rosją. Koło Polaków jakieś czarne pudle i to źle ostrzyżone. Rzut oka przez teleobiektyw i sprawa się wyjaśnia. To barbety, więc za naszymi powinni być Francuzi. A gdzie tam! Rosyjska flaga i delegacja ubrana… zgadnijcie w jakim kolorze?
I trwał przemarsz narodów. Japończycy, Koreańczycy, Kazachstany ,Kirgistany i inne stany, Nowozelandczycy (niestety bez sławnego Falco novaezeelandiae), Chińczycy z najładniejszą kobietą swojego kraju – wyobrażacie sobie jaka to musiała być laska- wybrana spośród jednego miliarda dwustu osiemdziesięciu milionów siedmiuset siedemdziesięciu sześciu tysięcy?
Delegacje poruszały się konno i pieszo a trafił się nawet jeden na rowerze, za przeproszeniem pedałując z ptakiem na kierownicy.
Wszyscy widzowie mocno napierali na barierki ogradzające tymczasowy stadion chcąc zrobić najlepsze zdjęcie aż tu nagle na murawie pojawił się znany w polskich kręgach przedstawiciel IAF udając, że robi delegacjom zdjęcia. A tak naprawdę to on trafiał do każdego kadru każdego aparatu czy kamery fotografujących i filmujących widzów. To się nazywa perfekcyjne działanie w robieniu sobie światowego publicity. Z pewnością po następnych wyborach będziemy mieli swojego prezydenta IAF.
Wracający z Anglii samolot z Nieformalną Delegacją nabierał wysokości już pod łagodnym kątem – tak był przeciążony bagażem naszych wrażeń z Festival of Falconry 2009.
A potem przyszła refleksja, że jednak na następną imprezę powinniśmy zabrać tabun koników polskich, sforę polskich owczarków nizinnych, kiszone ogórki w słoikach i Babuszkę z Chrzanowa.
PS.
A teraz powaga i bez uszczypliwości. Nasza oficjalna polska delegacja, mimo że skromna, wypadła całkiem dobrze.
Bardzo wesołe streszczenie Festiwalu
Szczególnie spodobał mi sie opis pewnej rasy:
" Koło Polaków jakieś czarne pudle i to źle ostrzyżone. Rzut oka przez teleobiektyw i sprawa się wyjaśnia. To barbety, więc za naszymi powinni być Francuzi"
Jeśli ksiażka jest napisana w podobnym stylu to już nie mogę się doczekać.
M.Cieślikowski pisze: Wrażenia Nieformalnej Polskiej Delegacji.
....Wszyscy widzowie mocno napierali na barierki ogradzające tymczasowy stadion chcąc zrobić najlepsze zdjęcie aż tu nagle na murawie pojawił się znany w polskich kręgach przedstawiciel IAF udając, że robi delegacjom zdjęcia. A tak naprawdę to on trafiał do każdego kadru każdego aparatu czy kamery fotografujących i filmujących widzów. To się nazywa perfekcyjne działanie w robieniu sobie światowego publicity. Z pewnością po następnych wyborach będziemy mieli swojego prezydenta IAF.
...
Muszę się przyznać że zrobiłem około tysiąca zdjęć Okazja może się nigdy nie powtórzyć.
Co do sugestii Nieformalnej Delegacji - przed następnymi wyborami się zastanowię
kapral pisze: wiem że nie wszystkich to zadawala ale niech te łosie od narzekania i krytyki niech chociaż flage zrobią i czepiają sie swojej zawiści. zrobione została wielka robota chwała panowie
nikt tu nie jest zawistnym losiem. juz wspomnialam, ze trzeba odciazyc delegacje z Polski bo ciezko zeby robili wszystko sami -i np: informacje historyczne w j. angielskim beda gotowe na kolejny festiwal ponadto -potrzeba sztandaru??? wystarczy powiedziec a nie nazywac nas losiami - zawistnymi???! nie wiedzielismy w czym pomoc -co polskiej delegacji potrzeba dokladnie. teraz juz wiemy i zrobimy to !!!
mysle ze kieszenie sokolnikow na emigracjii w tym pomoga???
a jesli nie to nawet sama za to wszystko zaplace !!! a jesli sklamie to zaluz mi wabidlo na goly tylek i pusc swojego ptaka!!! ))