Polowanie z „Panem Tadeuszem” | Sokolnictwo dla początkujących

Polowanie z „Panem Tadeuszem”

Naturalna łączność ze światem przyrody niesie za sobą wiele nieprzewidzianych skutków. W rozmowie z Izabelą Kamińską - Marek Pinkowski opowiada, jak kontakt ze zwierzętami oraz sokolnicza pasja odmieniły jego życie. Zajrzymy też do Cichowa, gdzie znajduje się jedyny w Polsce skansen filmowy z oryginalną scenografią do ekranizacji Mickiewiczowskiej epopei „Pan Tadeusz”.
Czego mogą się spodziewać goście, którzy przybędą do skansenu Soplicowo Filmowe w Cichowie?
Zobaczą filmową kopię folwarku z XIX w. Nasze Soplicowo jest związane z ekranizacją „Pana Tadeusza”. Kultywujemy tu pamięć o naszym wieszczu oraz napisanej przez niego epopei narodowej. Mamy oryginalną scenografię projektu Allana Starskiego, którą wykorzystał Andrzej Wajda. Na oficjalnym otwarciu w 1999 r. gościliśmy reżysera „Pana Tadeusza”, a ponadto plejadę aktorów: Grażynę Szapołowską, Alicję Bachledę-Curuś i Marka Kondrata, a także producenta Lwa Rywina. Duże zainteresowanie skansenem sprawiło, że postanowiliśmy wybudować też dwór, który wykorzystujemy do celów komercyjnych. Jest on repliką oryginału filmowego, znajdującego się w Turowej Woli na Mazowszu.
Skąd pomysł, aby stworzyć takie miejsce?
Prawdopodobnie zdecydował o tym przypadek, ale może i opatrzność maczała w tym palce. Wszystko zaczęło się podczas pracy przy filmie „Pan Tadeusz”, do którego przygotowywałem zwierzęta. Kręcona była właśnie scena z wróblami w folwarku koło wozowni. Tłuką się w niej dwa ptaki i w cieniu folwarcznej wiaty parobkowie obstawiają niczym w walce kogutów: „A ten czarny to Horeszko, a ten szary to Soplica – bij Horeszków”. Zosia w końcu łapie oba wróble i wypuszcza jako symbol zakończonego sporu Horeszki z Soplicą. Ostatecznie ta scena nie weszła do filmu, ale przy kręceniu chyba czwartego dubla para wróbli poleciała do cateringowej stołówki. Tam kierownictwo produkcyjne filmu z Lwem Rywinem na czele rozmawiało o konieczności szybkiego rozebrania scenografii, bo kończyła się dzierżawa terenu, gdzie wszystko zostało rozstawione. Usłyszałem przez przypadek, że producent nie miał na nią pomysłu. Uznałem, że kiedy tak żwawo rozwija się w Polsce agroturystyka, byłby to doskonały moment, aby jakoś wykorzystać okazję. Następnego dnia podczas rozmowy w gminie Krzywiń na temat telefonizacji naszej wsi rzuciłem mimochodem, że może wzięlibyśmy do nas scenografię filmową. Z Cichowa robiła się wtedy wieś nastawiona na turystykę i powstawało dużo kwater. Jak widać, moja propozycja zainteresowała miejscowe władze. Otrzymałem pozytywną odpowiedź od burmistrza, a po tygodniu jechaliśmy do Warszawy podpisać umowę. Wszystko rozstawiono na łęgach w okolicach Józefowa nad Wisłą, skąd trzeba było poszczególne elementy przetransportować pod Poznań. Przez niespełna pół roku w naszym skansenie pracowali górale, którzy stawiali też scenografię do filmu. Z pewnością okazałoby się to nierealne, gdyby nie samorząd oraz liczni darczyńcy. Umowa między firmą Heritage Films a gminą Krzywiń bardzo szczegółowo wszystko regulowała. Mogliśmy wziąć scenografię pod warunkiem, że zostanie ona odtworzona i wykorzystywana do celów turystyczno-kulturalnych. Zgodnie z założeniami nie miało to być miejsce typu muzeum, którego nie wolno tknąć palcem, ale wręcz przeciwnie – powinno tętnić życiem. I rzeczywiście tak to wygląda. Odbywają się tu różnego rodzaju wydarzenia biesiadne, turystyczne oraz kulturalne. Stajnia, stodoła, spichlerz, kurnik, wozownia i lamus są udostępnione do zwiedzania jako dekoracja zewnętrzna. Przenoszą one turystów na mickiewiczowską wieś. Wybrane budynki folwarczne zapewniają także niesamowity klimat podczas biesiad oraz uczt w staropolskim klimacie (pierwsza odbyła się 26 czerwca 1999 r. z twórcami filmu „Pan Tadeusz”).
Skansen filmowy firmuje Pan jednak własnym nazwiskiem.
W realizację tego przedsięwzięcia zaangażowaliśmy się z żoną i włożyliśmy w to całe serce. My jesteśmy jego częścią. W przypadku większych ośrodków, bez nadzoru właścicielskiego, miejsca tego typu są po prostu anonimowe. Kiedy zaczynaliśmy tworzyć Soplicowo, nie mieliśmy zielonego pojęcia o turystyce, hotelarstwie czy gastronomii. Brakowało też ludzi, którzy potrafiliby nam pomóc, dlatego sami musieliśmy się wszystkiego uczyć. W tym roku obchodzimy okrągłą, 20. rocznicę powstania Soplicowa i muszę powiedzieć, że patrzę na nie z satysfakcją. Staramy się zapewniać ciepłą atmosferę, dzięki czemu ludzie lubią tu przyjeżdżać i ochoczo do nas wracają. Organizujemy tutaj również polowania sokolnicze niczym te za czasów Tadeusza Soplicy. Z uwagi na sielankowy klimat chętnie odwiedzają nas myśliwi z kraju i zagranicy. Utrzymujemy też dobrą markę, jeśli chodzi o jedzenie. Specjalizujemy się w dziczyźnie i daniach kuchni staropolskiej.
Soplicowo doskonale wpisuje się też w związki Wielkopolski z postacią Adama Mickiewicza.
Rzeczywiście, wątków mickiewiczowskich występuje tu bardzo dużo. Został nawet stworzony szlak turystyczny „Podróże z Panem Tadeuszem”, który ma własną stronę internetową. Poza Cichowem jednym z jego ważniejszych punktów jest Śmiełów, gdzie znajduje się klasycystyczne założenie pałacowo- -parkowe, zaprojektowane przez Stanisława Zawadzkiego. Tutaj Mickiewicz przebywał w sierpniu 1831 r. i starał się przedostać na teren zaboru rosyjskiego. W XX w. w pałacu powstało Muzeum Adama Mickiewicza – oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu. Gromadzi ono bardzo ciekawe zbiory, m.in. rękopisy, przedmioty osobiste, pierwodruki czy pamiątki kultu. Śmiełowska posiadłość wiąże się z Konstancją Łubieńską – należała do brata jej męża – z którą polski wieszcz miał romans i przypuszcza się, że dlatego przebywał w Wielkopolsce dłużej, niż zakładał. Zdobyliśmy również dowody na myśliwską aktywność Mickiewicza na tych terenach. Według archiwaliów znajdujących się w klasztorze benedyktynów w Lubiniu polował z chartami na zające u Kaliksta Bojanowskiego we wsi Bielewo.
Dlaczego pracę naukową w ośrodku badawczym w Czempiniu zamienił Pan na prowadzenie własnego biznesu?
Soplicowo to, można powiedzieć, taki ostry zakręt w moim życiu. Dobiegałem czterdziestki i po 15 latach pracy w Czempiniu stałem się renegatem PZŁ. Chciałem znaleźć jakieś zajęcie, w którym bym się realizował jak przed laty. Okazał się to właściwy krok, bo udało mi się stworzyć miejsce dające mi satysfakcjonującą pracę, a zarazem jestem blisko tego, co kocham, czyli sokolnictwa i łowiectwa.
Kto zaszczepił w Panu bakcyla tych pasji?
Przyroda interesowała mnie już od dzieciństwa. Znosiłem do domu wszystko, co się dało. Z tego względu, kiedy skończyłem szkołę podstawową, wybrałem Technikum Leśne w Tucholi. Miałem szczęście uczyć się tam za czasów dyrektora Lecha Voelkela, który był świetnym pedagogiem, a do tego wspaniałym i etycznym myśliwym. W Tucholi po raz pierwszy spotkałem się też z sokolnictwem, bo od 1971 r. działał tam Klub Sokolników, w rok później powstało zaś ogólnopolskie „Gniazdo Sokolników”. Właśnie tam ptaki i łowiectwo zawróciły mi w głowie. Po ukończeniu technikum w Tucholi, zachwycony tamtą atmosferą, postanowiłem się kształcić na zootechnika w Bydgoszczy. Na studiach dziennych wytrzymałem jednak tylko trzy semestry, bo po przygodzie w Tucholi, w tym cudownym klimacie, w otoczeniu fantastycznych ludzi, czułem się w Bydgoszczy bardzo rozczarowany. Kiedy się okazało, że w stacji badawczej zwolniło się stanowisko pomocnika od ptaków, natychmiast przeniosłem się na studia zaoczne i przyjechałem do Czempinia. 1 kwietnia 1981 r. dostałem etat laboranta- sokolnika. Mam ten kwit do dziś! Potem skończyłem studia i pełniłem tam funkcję asystenta naukowego. Najwięcej nauczyłem się od mojego głównego mentora, prof. Zygmunta Pielowskiego. Był on przede wszystkim wspaniałym myśliwym, człowiekiem o ogromnej wiedzy, poważanym w środowisku naukowym w kraju, a także cieszącym się autorytetem międzynarodowym. Czasami pracowało się jednak trudno, bo prof. Pielowski wyjątkowo dużo wymagał jako szef. Przez niezależność naukową nie lubiano go na Nowym Świecie, więc szybko wysłano go na emeryturę. Sterowana przez urzędasów z Warszawy stacja badawcza przestała mnie interesować.
Co uważa Pan za swój największy czempiński sukces?
Myślę, że odniosłem ich sporo – większych i mniejszych. Z pewnością zalicza się do nich stworzona przeze mnie hodowla dzikich królików, która funkcjonuje do dzisiaj. Poza tym projekt badawczy dotyczący hodowli daniela i jego restytucja w małe kompleksy leśne. Miałem się też doktoryzować z długoletnich badań nad dynamiką liczebności zajęcy. Chodziło m.in. o prace w międzynarodowym zespole zajmującym się pomorem zajęcy (EBHS). I znowu skutecznie przeszkodziła w tym warszawka, a efekt to permanentny upadek populacji szaraka w zachodniej Polsce. Najbliżej byłem hodowli sokoła wędrownego. W 1986 r. wyhodowaliśmy pierwsze w Polsce osobniki tego gatunku. Czempiń zaczął pilotażowy program restytucji. Szkoda, że kilka lat później ZG PZŁ odstąpił od kierowania tym projektem – z dużym sukcesem prowadzi go dziś społeczna fundacja. Przez to my, myśliwi, straciliśmy kolejny argument do dyskusji z ochroniarzami przyrody. Prywatnie mojego największego dokonania nie stanowiły jednak te wszystkie projekty badawcze, kilkanaście prac naukowych czy kilkadziesiąt popularnonaukowych. Za najważniejszy sukces uważam to, że wyrwałem córkę prof. Pielowskiego, która do dziś jest moją żoną. Małżeństwo z Dorotą odegrało niezwykle ważną rolę, jeśli chodzi o moją pracę na rzecz łowiectwa i sokolnictwa. Myślę, że mało kobiet potrafiłoby wytrzymać u boku sokolnika i myśliwego. Ona znała to od dziecka, dlatego umiała to zrozumieć, a nawet mnie wspierać. Bardzo pomagała w oswajaniu zwierząt, bo podobnie jak ja niezmiernie je kocha. Jest też na równi ze mną zaangażowana w nasze Soplicowo.
Pożegnał się Pan z Czempiniem, ale nie z sokolnictwem…
Bo tego nie można po prostu zostawić. Sokolnictwo jest tak pochłaniające i czasochłonne, że trudno je połączyć z normalnym życiem. Przez to zrezygnowałem ze wszystkich innych pasji, a okresowo także z polowania z bronią.
Jakie łowy z sokołami lubi Pan najbardziej?
Najwspanialsze jest to, kiedy sokół czatuje na jesiennym niebie i wystawia kuropatwy. Niby powtarzalne, za każdym razem wygląda podobnie, ale zawsze powoduje skok adrenaliny i chwyta za serce. W sokolnictwie inaczej postrzega się polowania niż te ze strzelbą w kniei. Nie należy liczyć na ciężkie, trudne do uniesienia troki. To zupełnie odmienny rodzaj myślistwa. Gdy łowy zakończą się choćby jedną zdobytą kaczką czy bażantem, jesteśmy przeszczęśliwi. A nawet jeżeli wracamy na pusto, ale ptak chodził tak, jak staraliśmy się go uczyć, czyli wzbijał się wysoko w niebo i próbował związać ofiarę, pikując w dół, to i tak uznajemy to za sukces. Jak wszyscy polscy sokolnicy 42 lata temu zaczynałem układać jastrzębie. To wspaniałe, bitne i uniwersalne ptaki dla współczesnych myśliwych w mocno ucywilizowanych łowiskach. Przez parę lat prowadziłem myśliwsko orła, co było pionierskie w krajowym sokolnictwie. Teraz mój Josef służy do hodowli, która dzięki pomocy sokolnika z Austrii przyniosła spore sukcesy.
Czy sokoły tak jak psy stają się wiernymi przyjaciółmi swoich opiekunów?
Przyjaźń z ptakiem drapieżnym jest bardzo trudna i raczej jednostronna. Po kilku latach współpracy widać pewne przywiązanie, lecz każdy błąd w układaniu, nowa osoba czy pies, który pojawia się na polowaniu, może spowodować, że ptak się rozregulowuje. Sokoły niezwykle oszczędnie okazują przywiązanie do swojego przewodnika, ale prawdziwy ćwik, czyli świetnie ułożony ptak łowczy, to wierny druh na polowaniach. Pies się cieszy, jak przynosi aport, natomiast jeśli chce się podebrać zdobycz od sokoła, to mimo że otrzymuje on odprawę z rękawicy, zawsze ma żal do swojego opiekuna. Sokolnictwo stanowi też niewdzięczne zajęcie ze względu na to, że te ptaki czasem odlatują. Na szczęście są teraz techniki telemetryczne i odzyskujemy większość zagubionych.
Ostatnie zmiany w Prawie łowieckim podobnie jak w kynologii chyba utrudniły pracę sokolnikom?
Rzeczywiście, obecnie szkolenie sprawia nam duży problem. Kiedy mamy młode ptaki wyjęte z hodowli – a tylko takie użytkujemy – to musimy uczyć je tego, czego ich bracia uczą się na wolności przy gnieździe, czyli rozbudzać instynkt łowczy. Trudno to zrobić, nie trenując ich przy pomocy pochodzących z hodowli bażantów. Pierwsze rozbudzanie instynktów możemy wprawdzie zrealizować na kaczkach, na które sezon zaczyna się stosunkowo wcześnie, ale przecież nie są one główną zdobyczą sokołów. Polowania na bażanty startują dopiero od października, a to już za późno na szkolenie młodych ptaków. Niektórzy argumentują, że możemy jeszcze zaczynać od kuropatw, jednak obecny rozkład terytorialny sokolników wygląda tak, że 80% z nas mieszka na terenach, gdzie poza kaczkami zwierzyna drobna po prostu nie występuje. Nowy przewodniczący PZŁ obiecał, że przyjrzy się tej sprawie i wydłuży czas polowania (w innych krajach, ze względu na to, że łowy z sokołami stanowią rodzaj naturalnego polowania, te okresy trwają dłużej), ale na razie nie mamy żadnych konkretów.
Co można powiedzieć o współczesnym zainteresowaniu sokolnictwem?
Co roku są organizowane kursy sokolnicze w Czempiniu i zawsze zgłasza się kilkadziesiąt chętnych. Zostaje potem z tego jeden, najwyżej dwóch sokolników. Niestety, mamy coraz mniej pasjonatów w tej dziedzinie. Wiele osób zdaje egzamin sokolniczy po to, by założyć firmę wykonującą usługi sokolnicze, czyli ochraniającą lotniska, zabytkowe parki albo plantacje owoców przed ptactwem. Nie można jednak tego uznać za prawdziwe sokolnictwo, które zgodnie z definicją jest polowaniem z ptakami łowczymi.
Niezwykle interesującą część Pańskiego życia stanowi szkolenie zwierząt do filmów. Istnieje jakaś specjalizacja w tym względzie? A może potrafi się Pan zajmować wszelkimi gatunkami?
Konsultant na planie filmowym musi odpowiadać za wszystkie zwierzęta. Nie ma tu jakiejś specjalizacji, chociaż oczywiście w zależności od tego, jak dobrze zna się dany gatunek, wie się, ile można z niego wyciągnąć. Ja dzięki temu, że mnóstwo czasu spędziłem z drapieżnikami, najbardziej lubię pracować właśnie z nimi. Wydaje mi się, że aby zajmować się zwierzętami, trzeba mieć do tego dar. Mówię tu nie tylko o oswajaniu czy przygotowywaniu do filmu, lecz także np. o codziennym chowie. Jeżeli ktoś jest dobrym hodowcą drobiu, świń czy krów, to uważam, że dobrze poradzi sobie też z dzikimi gatunkami. Zwierzęta musi się po prostu rozumieć. Poza tym ważną rolę odgrywają wiedza i doświadczenie. Praca ze zwierzętami w filmie czy reklamie to oprócz znajomości ich biologii również pomysłowość. Bo jak sprawić, aby muchy chodziły po ciele aktora, jakby był trupem? W filmie Jana Kolskiego „Grający z talerza” znalazła się taka scena, w której Franciszek Pieczka dokonuje żywota w swojej pustelni i obłażą go muchy. Owady przygotowałem tak, by nie odlatywały, ale ten wspaniały aktor nie mógł się powstrzymać od ruchów twarzy, więc zrezygnowano ze zbliżenia.
Czy przygotowywał Pan zwierzęcych aktorów, którzy potem stali się sławni?
O tak, moje zwierzęta grały w ponad 120 filmach, najczęściej krótkie sceny, jednak było wśród nich kilka gwiazd, takich jak: krowa Bukietka z „Bożej podszewki” Izabelli Cywińskiej, raróg, który połączył dłonie Heleny i Skrzetuskiego, a ponadto zagrał w pięciu zagranicznych produkcjach, czy kruk Koleś, znany wielu ekipom filmowym – przysiadał m.in. na ramieniu Michała Żebrowskiego w „Wiedźminie”. Mam spory dorobek i przede wszystkim dużą skuteczność, jeśli chodzi o szkolenie zwierząt. Pracowałem przy polskich i zagranicznych filmach, w tym amerykańskich. W ich przypadku dzień zdjęciowy kosztuje nawet kilkaset tysięcy dolarów, więc nie może tam dojść do jakichś poślizgów z powodu upartego zwierzaka. Tak się jednak zdarzyło np. przy „Królu Olch” Volkera Schlöndorffa. Koleś – filmowy wyga – miał zacząć scenę, odlatując w głąb planu, gdzie John Malkovich zabija esesmana. A tu moje kruczydło nie chce spokojnie usiąść na karabinie w pierwszym planie, jak wymyślił reżyser! Gdy gwiazdor Malkovich dwa razy grał swoje, natomiast kruk nie zaczynał sceny, było gorąco. Okazało się, że zawinił element scenografii – bujająca się nad Kolesiem lampa. Ptasior traktował ją jak wiszące nad głową zagrożenie. Lampę zdjęto i wszystko poszło idealnie. Praca jako konsultant ds. zwierząt to już jednak przeszłość. Soplicowo na tyle mnie pochłonęło, że teraz koncentruję się tylko na nim. Poza tym kino polskie całkowicie się zmieniło. Dziś kręci się głównie filmy obyczajowe lub kryminalne, a rzadko grają w nich zwierzęta. Z wielkim żalem powiem, że nasze kino najbardziej popsuły te wszystkie głupie seriale, w których brak jakiejkolwiek fabuły, występuje tylko paru aktorów, i to najlepiej w jednym wnętrzu, gdzie miernie odtwarzają prawdziwe życie. Nie ma już produkcji z rozmachem ani seriali na wysokim poziomie.
Nie wiem, czy to przypadek, ale inny znany treser zwierząt, Franciszek Szydełko, również jest myśliwym [wywiad z nim ukazał się w BŁ nr 2/2013 – przyp. red.]. Jak wytłumaczyłby Pan to, że z jednej strony opiekuje się Pan zwierzętami, a z drugiej – potrafi do nich strzelać?
To bardzo proste – jestem normalnym człowiekiem. Cel posiadania zwierząt, np. do towarzystwa czy filmu, decyduje o podejściu do danego osobnika. Nawet jeśli to zwykłe szczury, ale pojawiły się w krótkim ujęciu powiedzmy Stevena Spielberga, to mają u mnie emeryturę. Tak to wyglądało z krową, świniami z „Bożych skrawków”, dzikiem od Zanussiego itd. Myślistwo z bronią i sokolnictwo, a także zwykłe zabicie kury na dobry rosół to inna część – podkreślam normalnego – życia. Niestety, dekadencja niektórych obecnych społeczności sprawia, że próbuje się zaprzeczyć oczywistej prawdzie dotyczącej przetrwania naszego gatunku, Homo sapiens.