Lęg pustułki
: czw maja 17, 2007 7:06 am
Witam wszystkich - admin zaproponował mi temacik więc zaczynamy.
... I tak trochę historii. Samiczka - przyszła mamusia ma pewnie 5 lat i jest kaleką - po wypadku straciła poł lewego skrzydła. Aby się u mnie znalazła przebyła pół Polski - a konkretnie na początku trafiła do przemiłej Pani weterynarz we Wrocławiu ledwo żywa a z jej skrzydła czuć było zapach rozkładającego się mięsa... Po wyleczeniu skrzydła i doprowadzeniu ptaka do normalnej kondycji nie było na niego chętnego ogrodu ZOOlogicznego i pustułka mieszkała w przestronnej wolierze na działce. Byłą tam rozpieszczana i zimą mięso dostawała lekko podgrzane aby się nie przeziębiła
. Po ponad roku we wrocławiu za pośrednictwem forum.bocian.org.pl trafiła do mnie. Okazało się że ptak jest w dobrej kondycji, ma tylko leki przerost dzioba... wiec potencjalna mamusia już jest zameldowana. Żeby nie być posądzonym o bezprawne działanie - oczywiście wyslalem pismo do ministerstwa środowiska z opinią ornitologa i lekarza wetwrynarii o stanie zdrowia ptaka z prośbą o zgodę na przetrzymywanie - nie musze chyba kończyć - oczywiście na odpowiedź czekam już pół roku...
Mamusia się zaaklimatyzowała i pewnego dnia zadzwonił do mnie pewien znany lekarz - ornitolog, że ma samca do rozlatania - oczywiście długo nie trzeba było czekac na moją decyzję - tego samego dnia byłem już po 200 km podróży i rzekomy samiec był z samiczką. I tak było ok 2 miesięcy - woliera półodkryta budka pustułkowa w środku, pustułki razem i co ? i właśnie NIC... Samiec okazał się samicą... Cóż było począć - przeniosłem go do osobnej duuużej woliery rozlatał się - przybrał na wadze i poleciał.
I znowu historia się powtarza - nie będę się rozpisywał jak ale trafiła do mnie kolejna pustułk a- ta niestety w tragicznym stanie. Ale... samica więc odłożona do osobnej woliery -zaczęła się pierzyć i latać....
I tu zaczyna się historia tatusia - jako przewodnik na Ostrowskich Spotkaniach Ornitologicznych dostaje przypadkiem informację, że w Sokołowie Podlaskim jest samiec pustułki, niby nic dziwnego bo gniazduje tam kilka par dziekich ale ten... jest w wolierze z kaczkami, pawiami, bażantami i gołebiami. Kilka telefonów i wieczorem już jestem w Sokołowie. Pustułek śliczny jak malowanie ale nie do sprzedania... cóż trudne negocjacje i umowa zostaje zawarta - samczyk za 6 przepiórek. Broń Boże nie mam nic do tego Pana, który trzymał samczyka on był przekonany, że może i wogóle to mu pomaga i faktycznie, samczyk 3 lata temu spadł gniazda na kominie cukrowni i od tamtej pory był u niego. I tak już dużo pisze - wiec reasumując - samczyk w wyśmienitej kondycji więc pytam co on jadł tyle lat - a ten człowiek na to - mięso mielone
zdębiałem, ale faktycznie patrze a w wolierze na ziemii leży góra miesa mielonego, a ten człowiek nadal mówi on to bardzo lubi ale dopiero jak zaczyna śmierdzieć ... Więc draże temat a nie przeszkadza on tym gołebiom? na to słysze - nie one sie bardzo lubia i samczyk często wchodzi do młodych do budki i z nimi siedzi - więc odpowiedź przyszła naookoło i już wiem czemu taki piękny i zdrowy
bo na gołebiach hodowany...
Przyjechał... no i cóż - pierwsza próba - samiec wędruje do samicy ale tej co przyjechała druga - ta już kończy pierzenie, śliczne sterówki i samica jest tak agresywna że muszę jej przyciąć pazury żeby go nie zabiła. mijają dni budka pusta. Mówię cóż za późno chyba na połączenie ich wiec wszystkei 3 lądują w jednej wolierze i tu zaczyna się...
Samiec krzyczy nieustannie, atakuje obie samice i cały czas przygotowuje gniazdo w budce.
Więc ok - może zostawię je w tej wolierze. NIestety nie dało się - samica ta już sprawna zostaje bardzo napastowana przez samca i nie mam sumienia ich trzymać razem - po kilku dniach samiczka zostaje przetestowana pod względem polowania i zostaje wypuszczona, zostawiam jej kilk arazy kurczaki na dachu woliery przylatuje aż wreszcie się oddala.
Samiec nadal krzyczy a kaleka samiczk anic sobie z tego nie robi. NIestety nadzieja na lęg umiera.
Po przenieieniu gołebiarzy do innej woliery zostaje mi wolna woliera 7/3/2,5m - i przenoszę tam pustułki, żeby posprzątać ich mniejszą wolierę. I Tu odrazu coś się zmienia - samiec zaczyna przynosić samicy jedzenie, ona już go nie odtrąca i siada na półce z dawnym gniazdem gołebiarzy. Mówię sobie - i tak nic z etgo nie będzie bo to już maj.. pokrzyczy i sie uspokoi. Przyjeżdzają znajomi i pytają co i jak - ja mówię, juz za późno nic napewno z tego nie będzie. Ale samica jako, że nie lata - ustawilem jej tak gałęzie żeby mogła wchodzić na gniazdo i wszystkei siedziska - kilka razy widziałem ją na gnieździe, samiec krzyczy ale nadzieje przecież już umarła tydzień temu....
wtorek 15.05.2007 - wchodze do woliery zmienić wodę i tak czysto z ciekawości podchodzę do gniazda ale samiec przelatuje mi po głowie strasznie krzycząc - i tu szok - jest jajko!
Sms'y mmsy radość... zobaczymy co będzie dalej.
środa 16.05.2007 - kolejny szok - jest drugie jajko
a teraz trochę udziwnień -wg naukowców zajmujących się pustułką samica nie zniesie pierwszego jajka jeśli jej masa nie przekracza 230G - i tu wszystkich zaskoczę tydzień przed przeniesieniem moja ważyła 196g wiec maleństwo...
poniżej zdjęcia tatusia, mamusi i pierwszego jajka - jeśli będzie zainteresowanie - dziennik będzie prowadzony nadal
piotrek
... I tak trochę historii. Samiczka - przyszła mamusia ma pewnie 5 lat i jest kaleką - po wypadku straciła poł lewego skrzydła. Aby się u mnie znalazła przebyła pół Polski - a konkretnie na początku trafiła do przemiłej Pani weterynarz we Wrocławiu ledwo żywa a z jej skrzydła czuć było zapach rozkładającego się mięsa... Po wyleczeniu skrzydła i doprowadzeniu ptaka do normalnej kondycji nie było na niego chętnego ogrodu ZOOlogicznego i pustułka mieszkała w przestronnej wolierze na działce. Byłą tam rozpieszczana i zimą mięso dostawała lekko podgrzane aby się nie przeziębiła
Mamusia się zaaklimatyzowała i pewnego dnia zadzwonił do mnie pewien znany lekarz - ornitolog, że ma samca do rozlatania - oczywiście długo nie trzeba było czekac na moją decyzję - tego samego dnia byłem już po 200 km podróży i rzekomy samiec był z samiczką. I tak było ok 2 miesięcy - woliera półodkryta budka pustułkowa w środku, pustułki razem i co ? i właśnie NIC... Samiec okazał się samicą... Cóż było począć - przeniosłem go do osobnej duuużej woliery rozlatał się - przybrał na wadze i poleciał.
I znowu historia się powtarza - nie będę się rozpisywał jak ale trafiła do mnie kolejna pustułk a- ta niestety w tragicznym stanie. Ale... samica więc odłożona do osobnej woliery -zaczęła się pierzyć i latać....
I tu zaczyna się historia tatusia - jako przewodnik na Ostrowskich Spotkaniach Ornitologicznych dostaje przypadkiem informację, że w Sokołowie Podlaskim jest samiec pustułki, niby nic dziwnego bo gniazduje tam kilka par dziekich ale ten... jest w wolierze z kaczkami, pawiami, bażantami i gołebiami. Kilka telefonów i wieczorem już jestem w Sokołowie. Pustułek śliczny jak malowanie ale nie do sprzedania... cóż trudne negocjacje i umowa zostaje zawarta - samczyk za 6 przepiórek. Broń Boże nie mam nic do tego Pana, który trzymał samczyka on był przekonany, że może i wogóle to mu pomaga i faktycznie, samczyk 3 lata temu spadł gniazda na kominie cukrowni i od tamtej pory był u niego. I tak już dużo pisze - wiec reasumując - samczyk w wyśmienitej kondycji więc pytam co on jadł tyle lat - a ten człowiek na to - mięso mielone
Przyjechał... no i cóż - pierwsza próba - samiec wędruje do samicy ale tej co przyjechała druga - ta już kończy pierzenie, śliczne sterówki i samica jest tak agresywna że muszę jej przyciąć pazury żeby go nie zabiła. mijają dni budka pusta. Mówię cóż za późno chyba na połączenie ich wiec wszystkei 3 lądują w jednej wolierze i tu zaczyna się...
Samiec krzyczy nieustannie, atakuje obie samice i cały czas przygotowuje gniazdo w budce.
Więc ok - może zostawię je w tej wolierze. NIestety nie dało się - samica ta już sprawna zostaje bardzo napastowana przez samca i nie mam sumienia ich trzymać razem - po kilku dniach samiczka zostaje przetestowana pod względem polowania i zostaje wypuszczona, zostawiam jej kilk arazy kurczaki na dachu woliery przylatuje aż wreszcie się oddala.
Samiec nadal krzyczy a kaleka samiczk anic sobie z tego nie robi. NIestety nadzieja na lęg umiera.
Po przenieieniu gołebiarzy do innej woliery zostaje mi wolna woliera 7/3/2,5m - i przenoszę tam pustułki, żeby posprzątać ich mniejszą wolierę. I Tu odrazu coś się zmienia - samiec zaczyna przynosić samicy jedzenie, ona już go nie odtrąca i siada na półce z dawnym gniazdem gołebiarzy. Mówię sobie - i tak nic z etgo nie będzie bo to już maj.. pokrzyczy i sie uspokoi. Przyjeżdzają znajomi i pytają co i jak - ja mówię, juz za późno nic napewno z tego nie będzie. Ale samica jako, że nie lata - ustawilem jej tak gałęzie żeby mogła wchodzić na gniazdo i wszystkei siedziska - kilka razy widziałem ją na gnieździe, samiec krzyczy ale nadzieje przecież już umarła tydzień temu....
wtorek 15.05.2007 - wchodze do woliery zmienić wodę i tak czysto z ciekawości podchodzę do gniazda ale samiec przelatuje mi po głowie strasznie krzycząc - i tu szok - jest jajko!
Sms'y mmsy radość... zobaczymy co będzie dalej.
środa 16.05.2007 - kolejny szok - jest drugie jajko
a teraz trochę udziwnień -wg naukowców zajmujących się pustułką samica nie zniesie pierwszego jajka jeśli jej masa nie przekracza 230G - i tu wszystkich zaskoczę tydzień przed przeniesieniem moja ważyła 196g wiec maleństwo...
poniżej zdjęcia tatusia, mamusi i pierwszego jajka - jeśli będzie zainteresowanie - dziennik będzie prowadzony nadal
piotrek