Wszyscy po trochę trafili -Już tłumaczę ;najwięcej psów ułożyłem właśnie na Podkarpaciu .
Rolnictwo rozdrobione jak,, pszenica w młynie'' W tym kole gdzie miałem wstęp ,,wolny'' nie było pul pegeerowskich .Normalnie ,,szachownica '' ustalaliśmy które pola bierzemy pasami i tak się szło przeważnie we dwóch ,ja kierowałem psem starszy kolega z bronią szedł środkiem ja parę kroków przed nim w momencie wystawienia ja się cofałem i reszta oczywista !
Tak jak opisałem ,, układanie '' do zygzakowania polegało na wysyłaniu psa do przodu prze de mnie ;parę kroków w lewo pies na przód jak dochodził do umownej granicy zwrot w prawo i pies mnie mijał i na przód .Po jakimś czasie pies sam kierował się raz w prawo raz w lewo na sam gest ręki czasami zawracany gwizdem lub głosem ,i ja w tedy mogłem iść razem z kolegą szliśmy środkiem przy sobie lub ja trochę z tyłu .
Jak było widać ,że pies zdecydowanie odbija po za tę umowną granicę to pozwalałem mu na samodzielność która zwykle kończyła się wystawieniem ptaków nawet dość daleko -jak widać nie trzymałem go aż tak krótko cały czas

Przedzieranie się przez buraki pastewne z pełni wykształconymi w tym okresie liśćmi jest nie złą mordęgą więc podejście do szybko wyciekających kuropatw im było szybsze tym lepiej- one wiały jak autostradą dołem rzędami a my w plączących się wokół nóg liśćmi! Dlatego pies blisko! Po za tym wzdłuż rzeczki były podmokłe rozległe miejsca gdzie kaczek było w brud ,wody maksymalnie po kolana -jako iż pies był wszechstronny więc tam za płochacza robił zygzakował blisko by było blisko do zrywających się kaczek -daleki strzał nie zawsze był skuteczny

Co poszło od razu to poszło ale zawsze było dość maruderów by po przejściu na drugą stronę bagienka z 2-3 sztuki wyszukał w oczeretach i zaaportował po strzale .Tych bagienek jak sobie przypominam na długości 6 km było 5 i do tego między nimi przemieszczając się wzdłuż rzeczki parę sztuk trzeba było aportować z płynącej wody .Zwykle wracaliśmy z powrotem już ,,lajtowo'' dźwigając 10 -12 kaczek Do dziś mam w ustach smak śrucin z pieczonej kaczki ....fuj

Czasami jak Krzysztof miał odstrzał na sarnę lub dzika szliśmy do lasu /oj było po czym chodzić /wtedy braliśmy ze sobą psy miałem również foksteriera / I tam zwłaszcza przydawały się komendy wydawane gestem -ruch ręki i psy warowały na leśnym dukcie czekając aż po nie wrócę-choć muszę się przyznać ,że po strzale potrafiły małe dranie przybiec zobaczyć co padło -tępiłem to jak mogłem !Czasami trzeba było szukać postrzałka i w tedy przydawały się znakomicie /Jako że był to wyżeł i foksterier obydwa moje /więc dobrze się znały i konkurowały ze sobą który pierwszy znajdzie zwierza na pożytek ludziom
Z kolei jak brały udział w nagonce to po dojściu do linii wracały do mnie ,a nie goniły po wszystkich oddziałach jak ,,dzikarze'' innych myśliwych

Jak do tego doszedłem zdaje się opisałem na początku .Byłem przez nie dość ,,rozchwytywany'' przez ,,kolegów myśliwych'' piszę w cudzysłowie bo zwykle byli ode mnie duuuużo starsi.
Po jakimś czasie ciągle ktoś mi ,,podrzucał '' młodego psa albo zapraszał do siebie lub na polowanie bym tak je ,,zrobił'' jak moje , i powiem wam szczerze, iż nauczenie czego kol-wiek psa to pestka w porównaniu do nauczenia właściciela systematyczności i prostych zasad postępowaniu z psem .

Ps
Do tego jak uczyć psa doszedłem sam przebywając prawie cały czas z nimi -była jedna książka w bibliotece /jaką znalazłem / ale autor opisywał naukę siadania jako -ciągnąć smyczą w górę i naciskać zad psa a jak już po tygodniu siadał to przełożyć smycz pod butem i ściągać tak długo aż pies się położy-autora nie pamiętam ,ale zdecydowanie mi się to nie podobało zwłaszcza ,że wpadłem na szybszy i fajniejszy sposób w trakcie zabawy z nimi !I mogłem się popisywać tym,, numerem'' pokazując ,że pies siada i waruje prawie natychmiast choć właściciel twierdził ,że go tego ,,jeszcze ''nie uczył
