Wspomnienia po ukraińsku | Sokolnictwo dla początkujących

Wspomnienia po ukraińsku

W ostatnich latach żyje się coraz szybciej i kiedy czytam popełnione przez siebie teksty sprzed 5ciu lat to się jakoś tak wesoło robi. Jak ktoś ma zbędne 20 minut to polecam lekturę z forum sokolniczego jaką wyprodukowałem te kilka lat temu...

Wszystko zaczęło się w ubiegły czwartek a w zasadzie to nawet i tydzień wcześniej i nigdy bym nie przypuszczał ze sytuacja rozwinie się do takiego stopnia ale od początku i po kolei:

Wraz z nadejściem popołudnia pomyślałem że zadzwonię do Marka spytać co słychać bo ostatnio jak rozmawialiśmy mówił o swego rodzaju dniu świstaka w czasie pracy na plantacji – wstaje wcześnie rano, cały dzień na zmianę z różnymi ptakami lata i tak na okrągło, czasami harris (ubiegłoroczny samiec) złapie jakaś mysz a czasami jakiegoś ptaszka bo na większe rzeczy raczej nie ma ochoty wiedząc że są poza jego zasięgiem - a może mu się po prostu nie chce... Nasza rozmowa wygładała więc tak:
A: „ Cześć, dzwonie bo chciałem ci troche ten dzień świstaka przerwać....”
M: „A dzięki ale nie musisz bo mi właśnie Milagros przerwała” Tu dla niewtajemniczonych małe wytłumaczenie że Milagros to samiczka lannera w 3cim piórze która przeżyła nawet atak jastrzębia...
A: „A co się stało?” (mam awersje do zadawania takich pytań ale niestety czasami trzeba)
M: „Milagros spierdzieliła – nabrała pułapu i poszła w strone Warszawy...Sygnał zgubiłem pod Warszawą bo za duże trzaski na telemetrii a poza tym cały czas było słychać że się odległość między nami powiększa”
No tak ryzyko wkalkulowane w zawód tylko dlaczego zawsze gubi się ten ptak z którym ma się związane jakieś plany??...(SHIT). W zasadzie po usilnych próbach namierzenia sygnału które niestety zakończyły się fiaskiem nie pozostało nic innego niż czekać aż jakiś dobry człowiek ją znajdzie i zadzwoni bo zawsze pilnujemy żeby ptak miał adresówkę przy pętach.
Możecie nie wierzyć ale stało się (pierwszy raz bo do tej pory jak się gubił nam ptak to jak kamień w wodę i bez śladu” – po tygodniu telefon z .......... Ukrainy. Ponieważ ptak miał adresówkę z telefonem Marka to i zadzwoniono do niego – ptak został złapany pod Rivne (połowa drogi między Lwowem a Kijowem na Ukrainie). Kiedy się tym dowiedziałem miałem właśnie szkolenie z Accesa na które czekałem kilka tygodni a tu zdzwonił Marek z radosną nowiną. Po szybkich konsultacjach co i jak (dzięki uprzejmości znajomego Marka który pochodził z Ukrainy udało się dowiedzieć ze ptak żyje, jest trzymany w klatce i został nakarmiony surowym mięsem), Udało się też umówić na spotkanie na lotnisku w Rivne (Aeroport Rivne). W zasadzie od początku było dla mnie jasne że po ptaka trzeba jechać bo choć sam z nią nigdy nie latałem to chciałem by po kilku przelatanych sezonach w końcu mogła odchować jakieś młode na wiosne. I tak okazało się że tylko ja mam ważny paszport a do tego trasa do Rivne w zasadzie była taka sama około 600km w jedną stronę. Ale sobie wycieczkę zafundowała pomyślałem i zacząłem analizować szybko w googlach - znalazłem lokalizacje Rivne obliczyłem trase i wyszło ze jak wyjadę za chwile (a było około 12.00 w czwartek) to około północy będę na miejscu. Podszedłem wiec do Pani trener prowadzącej kurs i mówię ze przepraszam ale mam bardzo nagła sprawę i muszę pilnie wyjechać na Ukraine – nie wiem czy to zdziwienie czy podejrzenie że szkolenie mogło mi nie przypaść do gustu ale przyjęła wiadomość i pobiegłem do samochodu. Ponieważ szkolenie odbywało się na drugim końcu Krakowa i było w ramach godzin pracy nie musiałem już zajeżdżać do biura by się wytłumaczyć tylko szybko pojechałem do domu (żona w międzyczasie wyszukała mój paszport i przygotowała kilka rzeczy), spakowałem wszystko do samochodu i dawaj na Rzeszów....
Część drogi z Krakowa na Rzeszów jest już po Remoncie i pomijając pierwsze 40km korków między Krakowem a Bochnią to jechało się nie najgorzej. Na granicy byłem około 17.00 bo oczywiście znowu dzięki żonie udało się wybrać przejście które akurat nie miało kolejki – w Korczowej zwykle czeka się kilka dobrych godzin, ja pojechałem na mniejsze przejście 20km na południe od Korczowej – w Medyce. Tu się zaczęły moje prawdziwe przygody i poznawanie świata w wersji Ukraińskiej... Zaczęło się od tego że na jeden samochód przed odprawą na Ukrainie dowiedziałem się przypadkiem rozmawiając z dość miłym kierowcą dość sfatygowanego samochodu (podobnie jak mój:)) o tym że to co na mapach oznaczone jest M10, M11 itd. Uświadomił mi że, to nie są autostrady i żebym się cieszył jeśli gdzieś nowy asfalt jest położony bo stary jest tak dziurawy że szybciej nie pojadę. Do tego okazało się po dalszej rozmowie że moje ostatnie 1,5h stania w kolejce jest nieco zmarnowane bo nie mam zielonej karty (międzynarodowego ubezpieczenia samochodu) i nawet jeśli mnie przepuszcza na granicy to zaraz za granica złapie mnie policja i wlepi mandat. Dowiedziałem się że można je kupić po polskiej stronie ( w zasadzie to można je dostać za darmo od większości firm ubezpieczeniowych ale akurat przedstawicielstwa mojej nie było na granicy więc nie miałem wyboru). Pierwsze zderzenie z rzeczywistością graniczną: zjechałem z pasa samochodów na bok i podjechałem do tyłu cofając się do budki ukraińskich strażników w strefie neutralnej. Wytłumaczyłem ze zorientowałem się ze nie mam zielonej karty na samochód i ze chciałbym wykupić u nas oni z ironicznym uśmiechem łaskawie pozwolili mi pójść się spytać naszych strażników czy mnie wpuszczą. Zamknąłem więc auto i poszedłem na polską stronę – strażniczka powiedziała ze mogę śmiało iść tylko żeby zgłosić to na dole celnikom. Zaznaczyć muszę że przejście w Medyce jest w trakcie przebudowy i dla mnie wszystko miało tam nieco chaosu w sobie bo jechało się pod prąd wedle namalowanych znaków o ile takie były albo na ukos itp. więc byłem mocno zdezorientowany. Kupiłem kartę i przy okazji wymieniłem trochę złotówek na hrywny (ukraińska waluta). Idę więc zadowolony że udało się to załatwić i wchodzę do ukraińskich strażników że już załatwione żeby podziękować i tu pierwszy Zonk:
S1: „Szto ty kupił kartu???? Przecież tak nie wolno! Nie można sobie auta zostawić w Ukrainie i iść do Polski!!!!”
S2: „dawaj dokumenta”
A: „Ale ja nie wiedziałem – mówiliście że mogę iść wiec poszedłem i mam już karte”
S1 „Mogłeś iść zapytać czy możesz wrócić przez granice żeby kupić karte i wjechać jeszcze raz a nie ją kupować!”
A: „Ale już mam to co mam teraz wracać jeszcze raz?”
S2: „Niet! - Najpierw budziet mandat!”
Tu sobie pomyślałem ze to jacyś wariacie żeby człowiekowi wlepiać mandat za to ze się zorientował ze nie ma wszystkich dokumentów sam i chce to naprawić zanim ich służby na to mi zwrócą uwagę. Jak się później okazało (po poznaniu całego systemu działania ich służb) całe przedstawienie było po to żeby wyłudzić trochę hrywien bo dla ukraińskich celników, policjantów, żandarmów każda okazja jest dobra żeby wlepić „mandat”. Jak człowiek o tym nie wie to myśli że to kraj wariatów a to po prostu taki zwyczaj :) - tam usługi służb się kupuje czy się tego chce czy nie. Grając w przestawieniu „na głupa” w końcu strażnicy zrozumieli że nie rozumiem (jeszcze) o co im chodzi i kazali mi jechać na odprawę celno-paszportową zawiedzeni ze jestem jeszcze za głupi (bo faktycznie akurat nie miałem wtedy jeszcze pojęcia o rozmiarach korupcji w ich służbach...) aby im zapłacić za ten przywilej. Odprawa celno-paszportowa poszła gładko odbyła się po przydługawym postoju ponieważ znowu musiałem czekać w kolejce na stronę ukraińską tym razem już mając zieloną kartę. Około 21.00 wjechałem do kraju który ma z nami organizować Euro 2012 (dobrze ze nie jestem kibicem bo bym pewnie miał głęboką depresje). Pierwszych 20km drogi było dość ciekawe bo co 500m na głównej drodze od granicy (standardem podobna do naszych zaniedbanych dróg powiatowych) w poprzek był „śpiący policjant” czyli garb. Po przejechaniu takich kilkudziesięciu garbów ma się już dość i szczęśliwie dalej droga była nieco szersza choć nadal do „M jak motorway” jej brakowało i teraz wiem ze ichnie M to po prostu „Męka i Masakra” (męka to te lepsze drogi a masakra to te gorsze). Jechałem już jakąś godzinę i zdążyłem się oswoić nieco z ichnimi zwyczajami: kierowcy z naprzeciwka w wielu wypadkach nie wyłączają świateł długich, przy przejeżdżaniu przez miejscowości trzeba uważać i pilnować się znaków bo latarni na całej 600km trasie spotkałem 1 (słownie: JEDNĄ). Co jakiś czas stoi policja która czeka na obce rejestracje i tak oto drugie zderzenie z ukraińskimi służbami dotknęło mnie gdy około 22.30 jechałem przez las i nagle zatrzymała mnie policja.
P: „za szybko jechał”
A: „Ja????? Przecież 80 jechałem”
P” „Nie 80 ale 85! „
A: „ No więc w czym problem?? Przecież macie do 90km/h ograniczenie”
P: „Ale tu jest miejscowość i wolno 60 a ty jechał o 25 za szybko!
A: „ Miejscowość??? Przecież nawet znaku nie było i do tego dookoła jest las i jeden budynek??????”
P ”Nie kłóci się budiet mandat!!!”
Wysiadłem z samochodu, a ten zaczął szukać dziury w całym.
P: „O światła od tablicy z tyłu niet. Budiet dwa mandaty oj drogo ty zaplacic”
I w takim kontekscie straszył mnie dalej aż jego kolega w radiowozie skończy z poprzednim delikwentem. W końcu wsiałem do radiowozu i załamany odpornością władzy na tłumaczenia że nie widać było znaku i że tu zabudowań nie ma a ja wolno jechałem i mamy późny wieczór zostałem porażony bezpośrednim podejściem kierowcy radiowozu
P2: „Kak ty zawiot”? Adam?
A: „Tak. Wie Pan ja nie chciałem bo to pierwszy raz na Ukrainie...”
P2: „Jak kobieta pierwszy raz seks ma i potem dziecko urodzi to tez pewnie nie chciała....??”
A: „ Ale to inna sytuacja!”
P2 „Inna nie inna – szto dziełamy piszoma dwa mandatu czy zaplacisz teraz mi to ja mandatu nie wypisze”.
Nie przywykły do policji w takim wydaniu trochę się potargowałem i uboższy o kilka hrywien pojechałem dalej. Z drogi typu męka przejechałem na drogi typu masakra z ruchem wahadłowym gdzie wahadło miało po kilka kilometrów i teraz już rozumiałem szyderczy uśmiech Pana ze sfatygowanego samochodu na granicy kiedy usiłowałem się dowiedzieć czy autostrady mają płatne (wiem naiwny jestem).
K: „Panie coś się Pan tak uwziął na te autostrady?? Oni tam zwykłe drogi mają z nieco szerszymi poboczami gdzie można uciec jak się na 3go wyprzedza” Pomyślałem ze skoro nie autostrada to może chociaż dwupasmówka, a tu taka niespodzianka: jednopasmowa jezdnia podziurawiona i połatana jak ser... Szybko zweryfikowałem plany i z planowanego przybycia na wieczór zrobił się środek nocy.
Na szczęście korzystając z pomocy znajomego Marka dowiedzieliśmy się ze nie ma problemu jak przyjadę w środku nocy. Ostatnie kilkadziesiąt km przed Rivne było już ok. droga była dwupasmowa i choć trochę nierówna to nie jechało się najgorzej. O 2.30 byłem pod Rivne i zacząłem szukać Aeroportu – drogę mi wytłumaczył jakiś gość na stacji benzynowej i chwilę później byłem przed lotniskiem (szumnie nazwane to jako lotnisko bo wyglądało to jak opuszczona baza rosyjskich sił powietrznych – wjazd przy bramie miał nawet więcej dziur niż droga). Przed bramą aeroportu wysiadam z samochodu żeby rozprostować nogi a tu na moich oczach dwa psy właśnie kończyły zagryzać trzeciego! Nieco wystraszony wsiadłem z powrotem do auta i dzwonie znowu do ów znalazcy (dzwoniłem jakieś 30min wcześniej jak mijałem Dubne bo tak prosił).
A: „Zdrastwuj, ja uże Aeroport Rivne”
U: „ Dobra, ja zaraz budziet”
Fajnie pomyślałem jak zaraz będzie to przy odrobinie szczęścia zdążę na połowę szkolenia w ostatnim dniu. Minęło kilka minut, potem kolejnych kilka a potem pół godziny itd. w końcu po godzinie dzwonie znowu i gość zrzuca telefon. Myślę może jedzie albo coś się stało. Dzwonie po kolejnych 30min i podobnie. Ale klops! Odczekałem znowu chwile i dzwonie do Marka z pytaniem czy nie wie co się dzieje, a ten że nie wie bo do niego też nie dzwonił. Środek nocy to nie będziemy budzić znajomego. No nic poczekałem jeszcze 30 minut i dzwonie do niego znowu po czym słyszę zaspany głos:
U: „Da! zaraz budiet”
A: OK.
Znowu minęło jakieś pół godziny i gościa nadal nie ma. Zaczęły mnie myśli nachodzić czy oby ta cała eskapada miała sens bo może po prostu ktoś ma takie dziwaczne poczucie humoru...?? Jeszcze po kilku telefonach i zaraz budiet bliski załamania i myśli czy oby się nie kierować z powrotem na Polske nagle widze że podjeżdza samochód i wysiada z niego jakiś facet i idzie w kierunku bramy aeroportu gdzie mieliśmy się spotkać.
A: „Dzien Dobry!”
F: „Dobry”
A: „W sprawie ptaka?”
F: „ Czewo?????????” co najmniej zdezorientowany
A: „No pticu, nie dzwonił Pan do mnie do Polski?”
F: „ Niet”
Cholera pomyślałem – ile osob o 4 w nocy podjeżdża pod bramę opuszczonego lotniska??? Swoją drogą to że jest opuszczone założyłem bo spodziewałem się standardu w stylu np. lotniska regionalnego ala Poznań czy Rzeszów bo zdaje się miejscowość wielkościowo była do nich zbliżona. Jak się okazało to moje myśli o jakimś pawilonie obsługi podróżnych z przeszklonym przodem i kawiarenką dla turystów oraz bankomatami okazały się dalece idącą fikcją i mogłem się cieszyć ze jest latarnia. No i znowu dwa telefony i znowu dwa razy „Zaraz budiet!!”
Zacząłem się już zastanawiać ze musi mnie brać za jakiegoś psychopatę który co pół godziny dzwoni przez noc w sprawie ptaka. Z drugiej strony do tej pory nie wiem dlaczego nie powiedział ze będzie dopiero za 4h to bym się nie wkurzał i nie myślał o co mu chodzi. Niemniej o 6 rano podjechał samochód marki daewoo lanos (lekko sfatygowany) i wysiadło trzech gości – dwóch w wieku około 30 lat i jeden starszy. Jeden z nich mówi:

U1:”Aleś ty nerwowy” (pewnie w nawiązaniu do faktu ze ostatni seria telefonow była co 2 minuty i żadnego nie odbierał... Jak się zastanowiłem to zapewne myśląc że będzie musiał za nie zapłacić jak odbierze)
A: „No przepraszam ale ja musze szybko wracać i nie wiedziałem co się dzieje bo ty mowil zaraz a zaraz wyszlo na 4 godziny...”

Pogadaliśmy chwile o ptaku, wziąłem Milagros na rękawice, miała jeszcze pół wola jakiegoś mięsa i kondycje żyletkową – ale ogólnie poza wyrąbanymi wszystkimi sterówkami ze środka ogona i zniszczonymi końcówkami pierwszorzędówek to nie wyglądała źle. Uczucia odzyskania ptaka po tym jak się już człowiek pogodzi z jego startą nie da się opisać słowami i naprawdę byłem im bardzo wdzięczny. Oczywiście w ramach nagrody zwróciłem im koszta kłopotów i myślę ze byli zadowoleni.
Wsiadłem w auto i pojechałem „na zachód”. Teraz miałem okazję naprawdę obejrzeć Ukrainę- olbrzymie przestrzenie i wiochy przy drodze które ciężko nazwać terenem zabudowanym. Oczywiście kraj ten nie przestał mnie zaskakiwać ale też i przypomniał jak to u nas było te 20 lat temu. Potwierdza się że do wygód człowiek szybko się przyzwyczaja i łatwo zapomina o niedogodnościach. Dowiedziałem się dlaczego wzdłuż głównej jednopasmowej drogi krajowej jest pobocze gruntowe szerokości około 1.5, - ano po to że tamtędy ludzie furmankami w konia jeżdżą. Nie dziwiły mnie już końskie gówna na drodze „ekspresowej” po tym jak pasem trawy dzielącym dwie jezdnie pędzono krowę na łańcuchu. Dziury i wyboje stały się już czymś do czego przywykłem i ogólnie przyjemnie się jechało. Oczywiście żeby nie było za wesoło to tak samo jak w poprzednią stronę z tytułu posiadania obcej rejestracji zostałem zatrzymany przez policję niby pod pretekstem przejechania linii ciągłej na rozjeździe bezkolizyjnym. Zacząłem już nieco orientować się w ichnich uwarunkowaniach i oczywiście zostałem postraszony jak zwykle „budiet mandatu” ale do szczęścia brakowało im większego mojego przewinienia wiec zaczęło się „skąd jedzie”, „dokąd” a „po co” a „dlaczego” itp.:Milagros siedziała w kartonie bo nie miałem ze sobą karnala, zresztą po co bo do okolic Lwowa siedziała na fotelu pasażera bez kapturka i nawet raz się nie zerwała. Niemniej rozmowa z policjantem przeszła tak:
P3: „gasnice ma?”
A: „mam”
P3: „a trojkąt ma?”
A: „mam”
P3” A apteczku ma?” (już wyraznie poirytowany faktem ze mam wszystko o co pytał...
A: „mam”
P3” A jodynu w apteczce ma?”
A: „nie mam”
P3 wyraźnie zadowolony „ No to bardzo niedobrze budiet drugi mandatu”
Następnie nastąpiła całe przedstawienie o tym jakto muszą wypisać mandaty ja jak dostane blankiet to im musze pokazać że opłaciłem i dopiero wtedy oddadzą mi dokumenty i mogę wracać. Nie wiem ile w tym prawdy ale na świeżaka to łapałem ich teksty jak młody leszcz i byłem idealnie zastraszony no i znowu padło „ płatit teraz i nie piszu??” I tak znowu stałem się uboższy o parę złotych bo hrywien już nie miałem. Szczęśliwie te ichnie „płatit teraz” nie biją ekstremalnie po kieszeni choć u nich można za to pić cały miesiąc.
Nie dałem rady przejechać 30km i znowu mnie zhaltowali (zacząłem już nawet rozumieć jak się musieli czuć Niemcy w Polsce te 20 lat temu kiedy co chwile ich radarowcy ich łapali). Tym razem okazało się ze to celnicy a że nie mieli się do czego przyczepić to z dużym niezadowoleniem kazali jechać dalej....Ale tu również się nauczyłem bo wręcz nie mogli uwierzyć że młody polak w starym samochodzie nie wiezie żadnych cigaretów ani alkoholu. Ich natrętność była nawet tak dalece posunięta że później dla świętego spokoju kupiłem pół litra koniaku „dla tatusia”.
Dojechałem na granice w Medyce około 11.00 – odprawa trwało długo bo coś po polskiej stronie nie szło to za dobrze. Podczas odprawy ukraińskiej niestety padło sakramentalne
C1: „A co w kartonie?”
A: „A w kartonie ptak”,
C1: „Kakij ptak?”
A: „raróg”
C1: „ a co to rarog?”
Tu niestety musiałem nieco uchylić kartonu i widać gość do najgłupszych nie należał bo zorientował się ze to jakiś sokół no i oczywiście padło
C1: „o sokol?? To musi być drogi! Ile ty zapłacił”
A: „nic nie zpłacił bo to mój i on na Ukraine poleciał bo się zgubił w Polsce...”
Widać chłopak się przejął po posłał mnie do weterynarza a weterynarz jak każdy szanujący się urzędnik na Ukrainie obejrzał cites (bo miałem ze sobą akurat i również kwit ze starostwa) i powiedział co poniżej.. Dodam że papier oglądał każdy ale ptaka nikt z urzędników poza strażnikami.
W1: „A po ukraińsku ty dokumentów nie ma?”
A: „Ano nie mam bo to ptak z Polski i sam przez granice przeleciał”
W1: „No to trzeba dokumenty po ukraińsku, skąd ptaka odebrał?”
A: „ Z Rivne”
W1: „a jaki samochod ma?”
A: „Renault 19”
W1: „No to szybko pojedzie do Rivne i tam od weterynarza weźmie dokumenty”
A: „co?????????????”
W1: „Ano z drugiej strony my możemy podpieczetowac tu ale to kosztuje”.
Zgłupiałem totalnie... Myślałem ze takie akcje to drogówka tylko robi a tu się okazuje że celnicy to mają najlepszy interes w ich narodowym zwyczaju. No cóż było robić... nawet złotówki mi się już kończyły... co za kraj choć z drugiej strony można wszystko tyle że jest to kwestia ceny J
Odprawa ukraińska się zakończyła i przejechałem do strefy neutralnej. Asfaltowy plac bez cienia wypełniony 6 rzędami samochodów wszelakich kolorów o 12.00 w południe przy bezchmurnym niebie bez dostępu do toalety, wody i kawałku zadaszenia.... Po 3 godzinach prażącego słońca w końcu polska odprawa. Paszport podbity bez większych problemów i jeszcze tylko celnik polski (taki młody gość na oko około 25-27lat, w mundurze. Pomyślałem ale służbista – będzie ciekawie i pewnie przełożonego wezwie to troche pogadamy i mam nadzieje podniesie szlaban. Och naiwny świecie.
CP1: „A co w kartonie?”
A: „Ptak”
CP1: „Jaki ptak????”
A: „Ano taki” – dałem cites i nauczony wcześniejszym doświadczeniem unikałem słowa sokół które generalnie zarówno u naszych jak i ich służb wywołuje popłoch.
CP1: „Niech Pan poczeka”
Wziął papiery i poszedł sprawdzać. Z chwile wraca i mówi:
CP1: „ No niestety jak mysłąłem nie mogę Pana wpuścić bo u nas nie ma oddziału weterynarii granicznej”
A: „A po co tu weterynarz??? Przecież to ptak z polski tyle ze się zapędził i na Ukrainę przeleciał”
CP1: „Nie ważne - nie ma weterynarza i już trzeba zawrócić i jechać do Korczowej – tam jest oddział weterynaryjny.
A: „ No chyba Pan żartuje! Przecież kwitne tu już łacznie ponad 5h i teraz mi mówicie że nawet nie mam po???? Do tego od 24h jestem za kierownica a Pan mi do tego fundujesz kolejnych 12 bo tyle zapewne będę stał w Korczowej”
CP: „Miej Pan pretensje do ptaka a nie do mnie”
(*&^&^%@#_($^ - tak mniej więcej sobie pomyślałem i postanowiłem nie robić zadymy bo papiery mogły by okazać się niewystarczające (nasi celnicy sa znani ze swojego zamiłowania do bycia bardziej świętym niż papież).. Kuriozum było takie ze Ukraińcy nic mi nie mówili na temat tego ze u nas nie ma oddziału kontroli weterynaryjnej a sami swoja mieli - tylko po co skoro z naszej strony zwierząt nie wolno wwozić ani wywozić??? Zresztą w obliczu innych rewelacji to wcale nie wydawało się jakimś znacznym absurdem. Najbardziej przykre doświadczenia z granicy Polsko-ukraińskiej mam właśnie z Medyki gdzie zarówno Ukraińcy są złośliwi do Polaków, a Polacy do Ukraińcow tak jakby robili miedzy sobą zawody kto jest lepszym *(&^#%$^&^%)# dla drugiej strony.
Więc „dostałem kopa” jak to się mówi w tamtejszym slangu i wróciłem pasem na odprawę ukraińska (ta gdzie 4h wcześniej płaciłem za weterynarza) – oczywiście również musiałem odczekać kolejne 2h na strefie neutralnej w kolejce i jak podjechałem do celników to padło pytanie za co mnie zawrócono? No ta ja że „za ptaka” a pani strażniczka nieco zmieszana jakiego ptaka? No tego i dałem dokumenty pokazując na pudełko – zawrócili nie b u nas nie ma weterynarza i mam jechać na przejście do Korczowej. Podszedł wopista i tak się rozochocił widokiem Milagros w kartonie że zwołał kolegów którzy zbiegli się żeby zobaczyć co to tam mam w tym kartonie. Wopiści ukraińscy to taki rodzaj „głupka” i dokładnie tak się zachowują. Oczywiście znowu była akcja o papiery po ukraińsku dla ptaka ale tym razem opłata za jazde w tamta stronę starczyła żeby pokryć koszt postawienia drugiej pieczątki w drogę powrotną wiec powiedzmy ze dostałem ją „gratis”...
Z Medyki do Korczowej jest jakieś 25km drogą która u nas zaznaczana jest jako gminna i kilka dziur ma ale to czym ja tam jechałem to raczej ciężko było nazwać drogą bo trzeba było się asfaltu miedzy dziurami doszukiwać a pod jednym z mostów to bałem się nie utknąć ze względu na błotko jakie tam się zgromadziło. Do tego jadać wziąłem na stopa jednego z wopistów który szedł poboczem tejże dziurogi (czyli dziurawej drogi) co okazało się zbawienne bo wyobraźcie sobie ze na tej drodze tez policja stała i nauczony brakiem jodyny byłem pewny ze gdyby mnie zatrzymali to by znaleźli powód do wystawienia dwoch mandatow....Przy okazji pogadałem sobie z chłopakiem (miał jakies 20 lat) i jego pojecie o Polsce było takie ze to kraj mlekiem i miodem płynący i pracy mnóstwo i w ogóle dziur w drogach nie ma – normalnie aż się przypomniało jak to tata kilkanaście lat temu o Szwecji opowiadał kiedy z tamtąd wracał po letnim zbieraniu borówek.
Kiedy dotarłem na Korczową stanąłem w kolejce za dwoma polskimi samochodami na rejestracjach z Przemyśla. Poznałem tam dwie osoby których serdeczność i naprawdę dogłębne wyjaśnianie problemów jakie spotkałem na granicy przywróciło mi wiarę w dobrych ludzi. W bardzo miłej atmosferze nawet nie zauważyłem kiedy minęło 7 godzin w czasie których dowiedziałem się co, jak, dlaczego i ile. Po prostu doskonale wyłożona wiedza z czarnej księgi tajemnic Ukrainy :) i przejścia granicznego z Polską. I tak okazało się ze w Medyce po prostu są złośliwi celnicy/urzędnicy bo mniej dostają, celnicy ukraińscy generalnie rozbijają się najnowszymi modelami samochodów terenowych, po stronie ukraińskiej można sobie kupić dosłownie wszystko w tym wjazd na teren odprawy ukraińskiej bez kolejki za drobną opłatą administracyjną :P Byłem zszokowany jak opowiadano mi o ichniej rzeczywistości przejścia granicznego – przecież to wszystko widać doskonale tyle że trzeba wiedzieć na co patrzyć. Ukraińcy zajmujący sobie kolejkę do odprawy i wpuszczający za opłatą swoich, przemytnicy o 1001 sposobów upchania kartonu papierosów w lewym reflektorze samochodu – NIESAMOWITA WIEDZA naprawdę opadły ze mnie wszystkie negatywne emocje jakich doświadczyłem. Opowiadania były fascynujące i wręcz żałowałem że staliśmy jedyne 7h (później przez odprawę kolejnych kilka w strefie neutralnej ale to już niestety samemu bo znajomi z kolejki pojechali na pas gdzie deklaruje się coś do oclenia.). Oczywiście okazało się ze ów moi „znajomi” to również tacy drobni przemytnicy czy tez „zmechanizowane mrówki” jak to bym ujął bo Korczowa to przejście wyłącznie dla zmechanizowanych i tu ciekawostka. Ukraińcy potrafią na skuterach nawet przemycać papierosy i alkohol – bardzo dobrze sprzedają się szczególnie te mocno rozbudowane plastikami wersje :P Z ciekawych spraw to okazuje się ze taki przygraniczny przemycik to ogromny biznes w ujęciu całkowitym – niektórzy tak się w tym wspecjalizowali ze robią to zawodowo. Na terenie Polski mają „dziuple” gdzie wrzucają przemycany towar i skąd później odbierają go kontrahenci z „zachodu”. Zresztą dla zszokowania wyjaśniam: pół litra najtańszej wódki na ukrainie kosztuje 10 chrywien czyli 4PLN (tak cztery złote), paliwo około 6chrywien za litr czyli jakieś nieco ponad 2.5PLN czyli tyle samo co za paczkę papierosów (np. LM) – wychodzi na to ze przy umiejętnym upakowaniu wszystkiego można na takim jednym wyjeździe parę groszy zarobić. W zasadzie 90% samochodów jakie stały tam w kolejce (piątek popołudnie) to okoliczni ludzie trudniący się właśnie mikroprzemytem – samochodów w kolejce było około 200-300. Znali wszystko a na polskich celników którzy w przeciwieństwie do ukraińskich nie jeżdżą najnowszymi samochodami (bo zrobiono tam czystki i wielu dostało wyroki) mieli nawet ksywki i wiedzieli na którym pasie się ustawić żeby obsługiwał ich konkretny celnik o ksywie np: śrubokręt, pijaczyna, doktor itp. Pierwszy ustawiał się wcześniej na czuja i po odprawie dzwonił czy mocno sprawdzają czy słabo. Żeby było śmieszniej to i tak się ustawiali na pasach dla ludzi wiozących coś do oclenia co tłumaczono faktem że jeśli na pasie dla tych co deklarują ze nie mają nic do oclenia znajdą jakieś nadmiarowe paczki papierosów czy alkoholu (ponad 2paczki – 1 karton już dawno nie jest dozwolony) to można dostać bardzo wysoki mandat i narazić się celnikom co jest dużo gorsze bo później będą taką osobę bardzo dokładnie sprawdzać. Wiedziałem też już gdzie mam jechać, jaką wziąć karteczkę od Ukraińców (coś w stylu obiegówki którą podbijało się na wjeździe na odprawę i na wyjeździe z odprawy) i żeby ustawić się na zielonym pasie bo tam pójdzie to wszystko o wiele szybciej. Dzięki tej wiedzy odprawa ukraińska poszła szybko, kiedy padło sakramentalne „a szto jaki ptak” i „a co to rarog, takie to jak golab?” Bez wahania powiedziałem „Da takie jak golab – popielate” i usłyszałem „pojechał”. Uff pomyślałem teraz zostali mi jeszcze tylko a może i aż Polacy...Ci w mniemaniu przemytników są dużo gorsi bo już nie biorą – o ukraińskiej kontroli mówiło się tak jakby jej w ogóle nie było.
W strefie neutralnej czekania było mniej niż na wjeździe na odprawę i po kolejnych 3 godzinach byłem już na polskiej odprawie (znowu) i tym razem o 2 w nocy. Odprawa paszportowa jak zwykle bez problemów a u celnika padło pytanie skąd jadę to mowie ze z Medyki bo mnie cofnęli a dlaczego bo ptaka wiozę, jakiego ptaka a takiego i daje cites.
CP2: „A czemu cofnęli?”
A: „ Bo tam weterynarza nie ma”
CP2: „A po co im weterynarz? I co ja mam teraz o 2giej w nocy Pana do weterynarza wysyłać? Co to za bzdury?”
A: „Wie Pan w końcu po 36h jakiś dziwactw i stwierdzenia ze nic mnie już dziś nie zdziwi Pan mnie właśnie swoją normalnością zdziwił...”
Celnik wziął paszport opukał samochód, wklepał coś w kompiutra i kazał jechać aha i na koniec dodał: „Panie tylko ptaszka proszę więcej nie gubić i lepiej go pilnować....”
„Ma się rozumieć Panie inspektorze.” Krzyknąłem zza kierownicy nie ukrywając szczęścia i niedowierzając że cała akcja ma się już ku końcowi.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów polskimi drogami chyba tak ze mnie emocje zeszły że zjechałem na pierwszy lepszy parking i oczy mi się same zamknęły – po godzince snu ruszyłem w dalszą podróż bo do domu jeszcze 200km zostało. Trasa była przyjemna, bez dziur i wybojów, w kilku miejscach remont ale nie na skale ukraińską i powiem szczerze że naprawdę doceniłem wszystko co w tym kraju na chwilę obecną udało się osiągnąć. Może autostrady będą za te kilka lat ale w porównaniu do przygód na Ukrainie to co my tu mamy u siebie to naprawdę niezły standard. Podsumowując:
- jeśli zwieje wam ptak to módlcie się by wiatr wiał na zachód a nie wschód jak to miało miejsce u nas
- jeśli już musicie jechać na Ukrainę to pamiętajcie ze ich wszystkie służby kasują i nie dają paragonów :) Z opowiadań słyszałem ze targować się można ale nie ma ich co straszyć konsulami itp. bo można za to od nich oberwać
- generalnie kraj olbrzymi ale pusty (nawet ruchu na drogach zbyt dużego nie było) choć 600km tymi drogami przejechałem to poza kilkoma zaporożcami, przeładowanymi Krazami i czarnymi wołgami widziałem jeszcze tylko trochę samochodów z niższej półki. Lepsze bryki należało omijać z daleka i wpuszczać przed siebie kiedy się wpychały w korku lub na światłach lub po prostu jadąc pod prąd jak to na przejściu granicznym. Ba słyszałem nawet że potrafili pasem pod prąd na początek kolejki podjechać, rozkręcić barierkę podziałową i wjechać na pierwsze miejsce.
- za 10 lat to może i da się tam pojechać na wycieczkę do Lwowa – teraz to bym sobie jeszcze odpuścił no chyba ze zorganizowany wyjazd i autokarem który na granicy czeka max 2h
Tak tak drodzy forumowicze – czy zdrowy psychicznie człowiek ładowałby się w coś takiego po to by odzyskać ptaka? Na to już odpowiedzcie sobie po cichu bo sokolnictwo to często już zaawansowana choroba :)